Cieszą mnie rumieńce czytelników

Damian Gajda, Onet.pl, maj 2010

Grażyna Plebanek to Pani pseudonim artystyczny?

Tak. Plebanek to moje terytorium pisarskie w sensie symbolicznym. Pochodzi od nazwy lasu, który odziedziczyłam po babci. Teraz już tak się ze mną skleiło, że nawet znajomi kojarzą mnie bardziej jako Grażynę Plebanek niż wiążą z nazwiskiem, które mam w dowodzie. Więc pewnie je kiedyś zmienię i oficjalnie. Tym bardziej, ze wybrałam je sama, a nie "dostałam" po rodzinie ojca czy męża. Tradycja przypisywania kobiet do nazwisk rodzin reprezentowanych przez mężczyzn jest mi nie w smak.

 

 

W "Dziewczynach z Portofino" sportretowała Pani życie kilku dziewcząt z warszawskich Stegien, w "Przystupie" podróżuje Pani ze swoją bohaterką do Skandynawii, a w ostatniej powieści - "Nielegalne związki" czytamy o Brukseli. To odzwierciedla trochę Pani wędrówkę po świecie. Czy literatura, która Pani tworzy jest lustrem, w którym przegląda się to, co aktualnie dzieje się w Pani życiu?

Bywa lustrem, ale odbija to, co dzieje się na zewnątrz - trzymam je przed sobą, taflą do świata, mnie samej zza niego nie widać. To rzeczywistość jest ciekawa, ją podpatruję i czasem przetwarzam jej elementy w moich powieściach: obserwacje mechanizmów ludzkich zachowań, scenografię, czyli miejsca, które znam, lubię, a które mogą zobaczyć też i czytelnicy moich książek. Stosunkowo niski poziom narcyzmu chroni mnie przed próbami wsadzenia do powieści własnych dokonań

Latem ubiegłego roku w Polsce ukazało się kilka powieści z wątkiem erotycznym, których autorkami były kobiety. Czy "Nielegalne związki" można traktować jako powieść z erotycznym plotem? Przyznam, że niektóre fragmenty przyprawiają o rumieńce na policzkach.

Bardzo mnie cieszą Pana rumieńce! Literatura musi wywoływać emocje, takie jest jej zadanie. W "Nielegalnych związkach" erotyka jest raczej pochodną opisywanego problemu: zmieniania się zachowań zwanych "męskimi" i "kobiecymi", przeplataniem się tego, co kiedyś było "dane z góry". Z pierwszego z brzegu westernu dowiemy się, że mężczyzna musi bronić swojego domu i przynosić coś do garnka, zaś kobieta ma to ugotować, nogą bujając kołyskę. Teraz to się zmienia, ostatnie kilkadziesiąt lat pokazało, że ten porządek był narzucony. Kobiety wywalczyły i nadal walczą o równość, bo przez setki lat nie były traktowane jako równe.

 

 

A literatura erotyczna daje im szansę na wyzwolenie?

Być może erotyzm powieści pisanych przez kobiety jest kolejną "nogą wstawioną w drzwi" - kto powiedział, że o ciele może mówić otwarcie tylko mężczyzna?

Dotychczas skupiała się Pani przede wszystkim na postaciach kobiecych. Tymczasem głównym bohaterem "Nielegalnych związków" jest mężczyzna. Trudno było opisywać rzeczywistość z męskiej perspektywy?

Na początku coś mi zgrzytało, dlatego zrobiłam porządny research i poprosiłam kolegów, żeby mi pomogli podpatrzeć świat z perspektywy mężczyzny. I wtedy odkryłam, że różnice między kobietą a mężczyzną nie sprowadzają się na szczęście do podziałów typu: "bo my z kumplem wojsku" versus "A pamiętam, jak u nas na porodówce...", tylko do sposobu myślenia i mówienia o emocjach.

Ale mężczyźni rzadko mówią o tym, co czują.

Mężczyźni omijają niektóre obszary emocji, bo nikt ich nie uczył, jak się je analizuje, ani jak się je komunikuje. Zamiatają nienazwane emocje pod dywan, bo słyszą od dziecka, że "mężczyzna nie płacze", "nie maże się, jak baba" itp. I potem niewiele mogą z tym zrobić jako dorośli, do terapeuty nie pójdą, bo to też wciąż jest w niektórych kręgach traktowane jako specjalność kobieca, a oni są twardzi i sobie radzą. No więc właśnie nie, nie radzą sobie. Duszą emocje, które wyłażą im bokiem, w alkoholizmie, agresji, bywają destrukcyjne i autodestrukcyjne.

 

 

Ważnym bohaterem Pani poprzednich książek była Warszawa, Pani rodzinne miasto. Tymczasem w "Nielegalnych związkach" jest ledwo muśnięta. Lubi Pani tutaj wracać? Czy podobnie, jak bohaterowie "Nielegalnych związków" czuje Pani, że życie tutaj, w Warszawie, nie jest już tak ciekawe?

Warszawa to moje miasto i jeżę się odruchowo, gdy ktoś na nie mędzi i narzeka. Narzekać można, jeśli jednocześnie pracuje się nad tym, żeby coś zmienić, ale jeśli to takie sobie przywalanie, to nie jest to fajne. Do Warszawy przyjeżdżam często, choć nie trzymam zbytnio ręki na pulsie, ale też nawet, kiedy tu mieszkałam, to jej nie trzymałam, bo nie jestem typem, który jest przyklejony do swojej paczki z liceum.

Stąd te częste zmiany miejsca zamieszkania?

Jestem ciekawa wciąż nowych ludzi, miejsc, sposobów myślenia, dlatego podróżuję, to mi daje napęd, wielką radość, inspirację. Od dawno już nie porównuję, nie mówię, „bo w Polsce to kiepsko, a w Szwecji czy Belgii dobrze" czy odwrotnie. Biorę z mojej kultury rodzinnej i z tych adoptowanych to, co jest dobre i staram się tym cieszyć.

Bohater Pani najnowszej powieści to mężczyzna po rewolucji feministycznej. Zostaje w domu, by jego życiowa partnerka mogła się realizować w pracy. Czy Pani zdaniem taki model rodziny staje się coraz bardziej popularny?

Tak, to się zmienia dzięki ruchowi feministycznemu, który drąży skałę od ponad stu lat, a ostatnio w sukurs przyszła nam ekonomia. Ponieważ Europejczyków rodzi się coraz mniej, potrzebne są wszystkie ręce do pracy, dlatego ci, czy właściwie te, którym do niedawna zabraniano dostępu do pracy, mogą teraz wrócić, żeby zarobić na emerytury starzejących się społeczeństw. Inna sprawa, że ludzi rodzi się najmniej w krajach takich, jak Polska, gdzie nie ma dobrej państwowej opieki dla dzieci, nie ma dobrych żłobków, przedszkoli, dobrze opłacanej i wykwalifikowanej kadry wychowawczo- nauczycielskiej. Za to we Francji, gdzie rodzicom pomaga się na każdym kroku, w rodzinie rodzi się po 3- 4 dzieci.

 

 

W Polsce matki rzadko się na to decydują...

U nas po pierwszym odpowiedzialna matka orientuje się, że mogą ją wywalić z pracy za następną ciążę, czy że jej pensja w połowie wydana zostanie na niańkę, bo żłobki są pokomunistycznym koszmarem.

Romans, w który wdaje się Johnatan jest wyrazem jego buntu wobec sytuacji, w której się znalazł? Można to traktować jako chęć zamanifestowania swojej męskości?

Może być wyrazem frustracji, ale tak daleko w społecznych analizach bym się nie zapędzała. W końcu zakochanie jest zakochaniem, trafia kogo popadnie. I dawniej i dziś, teraz może tym silniej, że żyjemy w czasach wilczego apetytu na życie. Chcemy wciąż więcej zarabiać, wydawać, podróżować. Nowe uczucie jest ekscytujące, czasem to kolejny skalp w kolekcji, a czasem próba zatrzymania młodości. Kiedy indziej z kolei chęć zakotwiczenia w bliskości z drugim człowiekiem, żeby zatrzymać na chwilę przemijanie. Ale to już zostawiam do przeanalizowania czytelnikom, mam nadzieję, że znajdą przyjemność w czytaniu "Nielegalnych związków", że polubią bohaterów.

 

 

Opisuje Pani życie na obczyźnie w bardzo specyficzny sposób. Dotychczas polscy pisarze przedstawiali raczej trudny życia emigracyjnego – brak środków do życia, niekorzystne warunki mieszkaniowe, tęsknotę za krajem. Tymczasem Megi i jej mąż nie chcą wracać, czują się Brukseli bardzo dobrze.

Właśnie użył Pan słowa, które staje się historią - "emigrant". Po roku 89 emigrantami są już tylko ci, którzy wyjechali przed zmianą ustrojową. Ci, którzy wyjechali później, z własnej woli, z wyboru, nie są emigrantami, bo nie ma w ich decyzji niczego ostatecznego. Po prostu dokonują wyboru - tu się wychowałam, ale tam znajdę ciekawą pracę, dzieci nauczą się języków, przyjeżdżać mogę często, więc kontakt z polskim jest.

Czyli to nie jest typowa emigracja?

Nie, to wstęp do bycia człowiekiem globalnym, a może kosmopolitą czy "trans emigrantem", jak niektórzy to określają. Moim zdaniem, to jest bycie Europejczykiem.

"Nielegalne związki" już trafiły do księgarń. Domknął się pewien etap w Pani życiu, to pewnie czas na napisanie kolejnej książki?

Zawsze pracuję nad jakąś książką, rosną sobie, ja je tylko przytnę, podleję. Mam kilka pomysłów, jeden z wyraźną akcja w tle, drugi dotyczący tego, co mnie sama porywa, ale nie mogę nic więcej powiedzieć, bo z gadania jeszcze nic dobrego nie wyszło, więc po prostu biorę się do pisania.

fot. Stephan Vanfleteren