Wywiad - Olivia

Jonathan, bohater "Nielegalnych związków" ma piękną i mądrą żonę, dwoje dzieci. Dlaczego dopuszcza się zdrady?

Bo to, co przypomina kolorowy obrazek z reklamy margaryny - on, ona, słodkie dzieci - nie zawsze jest tym, czego ludzie pragną. Większość z nas dąży to tego, by znaleźć się na takim obrazku w roli głównej, ale gdy się to udaje, czasem okazuje się, że to nie nasza bajka, że nie daje nam to szczęścia, tego, które osiągnęlibyśmy wybierając w zgodzie z samą sobą, ze swoim wewnętrznym głosem. Nie tym wyuczonym, wyczytanym w książkach, pismach, przejętym z filmów o prostym scenariuszu życiowym. Dokopanie się do własnego głosu jest oczywiście wielkim życiowym zadaniem, nie przychodzi łatwo i odbywa się metodą prób i błędów. Mało kto się na to porywa.

W "Nielegalnych związkach" nie brakuje soczystych, mocnych i opisanych bez pruderii scen erotycznych. Czy nie bała się Pani, że jej książka zostanie zaliczona do literatury erotycznej?

A czego miałam się "bać"? Co jest strasznego w seksie, w literaturze erotycznej? To część życia, wszyscy się z tego wzięliśmy, wersja z bocianami dorosłych nie obowiązuje, prawda? Chyba, że o czymś nie wiem...

Czy pani, jako kobiecie, trudno było napisać książkę z punktu widzenia mężczyzny?

Wymagało to pewnego wysiłku, przestawienia się na sposób myślenia dotąd mi nieznany. Ale to mnie w mojej pracy pociąga najbardziej, że można tyle odkryć.

Jak Pani myśli, czy mężczyźni, czytający książke, odnajdą siebie w Jonathanie?

Już odnajdują. Dostaję sporo głosów, świadczących o tym, że ta historia porusza tak kobiety, jak i mężczyzn. Ci bardziej macho nie akceptują zaangażowania Jonathana w rodzinę, ale młodzi ojcowie zdecydowanie z bohaterem "współczują" - w dawnym sensie tego określenia - czyli współodczuwają.

Czy Pani książka może zostać odczytana jako apoteoza zdrady?

Może zostać odczytana na tyle sposobów, ilu jest czytelników. Sama bym jej tak nie określiła, bo oprócz zdrady mamy tu i wątek partnerstwa i zmieniania się ról społecznych i miłości do dzieci, nie wspominając o sporym wątku życia w innym kraju niż kraj urodzenia.

fot. Stephan Vanfleteren