Grażyna Plebanek – Agata Michalak

„Exclusiv" dla „Wysokich Obcasow"

Mało wiadomo o Twoim życiu osobistym, oprócz tego, że dużo się przemieszczasz. Czy to jakaś przemyślana strategia?

Pytaj - odpowiem albo i nie. [śmiech]

Na przykład studia.

Studiowałam polonistykę w Warszawie - jeśli jest miejsce na okładce książki, staram się zamieszczać takie fakty biograficzne [śmiech]. Jestem z Warszawy, tu się wychowałam, studiowałam i dość długo mieszkałam. Napisałam pracę magisterską poświęconą analizie pisma "Dziewczyna", potem pracowałam w agencji Reuters, skąd odeszłam, żeby pisać dla "Gazety Wyborczej", z której odeszłam po to, żeby pisać książki.

Czy to Twoje główne źródło dochodu?

Częściowo. Nie wyschły jeszcze całkiem moje źródła dziennikarskie, ale staram się żyć z literatury - na podstawie moich książek powstają audiobooki, jeżdżę też na spotkania autorskie, tworzę opowiadania i krótsze teksty. Tak sobie wybrałam, niepewne zarobki zamiast solidnego etatu, więc nie zbijam majątku, ale za to robię to, co autentycznie lubię.

Policzyłam, że miałaś 38 lat, gdy ukazały się "Dziewczyny z Portofino". To dość późny debiut...

Debiutem nie były "Dziewczyny...", tylko "Pudełko ze szpilkami", które wydałam w wieku 35 lat. Przeszłam dość konsekwentną drogę, nie spodziewałam się, że będzie aż tak konsekwentna - od polonistyki, przez dziennikarstwo, po pisanie powieści. Wiedziałam, że chcę pisać, a czułam, że w bieżączce dziennikarskiej trudno mi się będzie doszukać własnego głosu. W pisaniu informacyjnym jest wszystko to, czego nie powinno być w literaturze - wnioski, kondensacja, własne zdanie, dlatego musiałam na jakiś czas przestać pisać do gazet i skupić się na książkach, żeby wsłuchać się w ten swój pisarski głos. Na początku było ciężko, czułam się jak koń, którego ciągnie do stajni, usiłowałam, mówiąc kolokwialnie, zaleadować, czyli wyrazić to, co najważniejsze, w pierwszych zdaniach. A w literaturze zupełnie nie o to chodzi. Musiałam przełamać dawne nawyki, pozwolić myślom zupełnie inaczej chodzić, dać im znaleźć własne ścieżki. To było najtrudniejsze - po treningu szkoły, i to komunistycznej, po dziennikarstwie, człowiek jest jakoś zaprogramowany. To był wielki wysiłek "oprogramowania". Teraz czuję się na tyle mocna, by móc oddzielać w sobie głos pisarski od dziennikarskiego.

A może napisałabyś "Psy P."? [Powieść, którą pisze bohater "Nielegalnych związków"]

[śmiech] "Psy P." to właściwie subfabuła. Taki eksperyment zrobił John Irving, który napisał "Jednoroczną wdowę", gdzie pojawił się wątek bajki, opowiadanej przez bohatera-pisarza dziecku. Potem w księgarniach widziałam małą książeczkę - co nietypowe dla Irvinga, bo on tworzy wielkie tomiszcza - zatytułowaną "A Sound Like Someone Trying Not to Make a Sound" - tak jak ta fikcyjna bajka. Chętnie bym spróbowała, choć z "Psów P." powstałaby zapewne literatura młodzieżowa.

Skojarzenie z "Jednoroczną wdową" pojawia się chyba nieprzypadkowo, bo to po pierwsze literatura śmiała obyczajowo, a po drugie pierwsza powieść Irvinga, której główną bohaterką jest kobieta. "Nielegalne związki" są powieścią z silnie wyeksponowanym wątkiem erotycznym, w dodatku opowiadaną z perspektywy mężczyzny. Znudziło Ci się mówienie kobiecym głosem?

Irving "za mną chodzi", oby tylko nie zabrzmiało to, jak na tym rysunku Mleczki, gdzie dowódca oddziału pochyla się do przechodnia i wskazując idących za nim żołnierzy, szepcze konfidencjonalnie: "Chodzą za mną jacyś faceci...". Ale coś jest na rzeczy, u Irvinga pociągała mnie zawsze mięsistość prozy, drapieżny rysunek postaci, rozmach fabuły. "Jednoroczna wdowa" jest o tyle smakowita dla pisarza, że pokazuje różne typy autorów, stawiając m.in. pytanie o to, czy należy przeżyć to, o czym się pisze, czy wystarczy wyobraźnia. Irving zdaje się przychylać do tej drugiej opcji, ja szczerze mówiąc, też. Powieść to nie reportaż wcieleniowy. Dlatego stworzyłam tym razem głównego bohatera-mężczyznę, żeby sięgnąć wyobraźnią tam, gdzie mnie jeszcze nie było.

Czy tak intensywna namiętność, jak ta opisana przez Ciebie, nie wypala się z czasem? Czy można podsycać ją samą "nielegalnością" związku aż tak długo?

Namiętność w mojej powieści utrzymuje się nie tylko dzięki "nielegalności", ale przede wszystkim z powodu niezwykłego dopasowania Jonathana i Andrei, dzięki podobieństwom, ale i wyraźnym różnicom w ich podejściu do życia, które są źródłem frustracji, ale jednocześnie wzajemnej fascynacji. Moi bohaterowie kochają się, jak wściekli, ale czy oni mogliby ze sobą być? Czy naprawdę tego chcą? Stawiam w "Nielegalnych związkach" pytanie o sens takich dążeń, analizuję tory myślowe, które każą ludziom myśleć: "no tak, zakochałam się, chce być z nim/nią na zawsze". Zauważyłam, że kiedy po angielsku mówi się, że chce się z kimś być do końca życia, "for the rest of our lives", melodia tego zdania aż zaciera poszczególne słowa, taka to już jest zbitka językowa. Dlatego ją rozbijam, patrzę, co jest za tym obłym tekstem, który brzmi, jak z reklamy napojów energetyzujących. Czy rzeczywiście po świecie chodzą "połówki", które się mają odnaleźć? A co, jak ktoś znalazł połówkę, a rok później spotkał nową? Może połówek jest więcej, niezależnie od tego, co mówią różni mądrale?

fot. Stephan Vanfleteren