Rozmowa do „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”

Ewa Tenderenda-Ożóg,
Książki, magazyn literacki,
maj 2010

Kiedyś w jednym z wywiadów powiedziała Pani o tym, że historie o 30-letnich kobietach piszą 40-letni mężczyźni, dzięki czemu zamiast prawdy otrzymujemy stereotyp. Dlaczego więc uczyniła Pani bohaterem swojej książki właśnie mężczyznę, czemu postanowiła Pani wejść w męską skórę?

Bo dojrzałam do tego, żeby pogmerać w męskiej stronie własnej osobowości. Żeby nie zafundować czytelnikom stereotypu, wiele rozmawiałam z mężczyznami, dowiadywałam się, co czują. Jonathan, bohater "Nielegalnych związków" jest wiarygodnym mężczyzną, i na szczęście do stereotypu mu daleko - nie beka, nie stawia deski klozetowej na sztorc, stereotypowo doprowadzając tym żonę do szaleństwa. Żona też nie jest popularnym wyobrażeniem „żony" - zarabia na dom, jest mądra. Kochanka nie jest typową odławiaczką mężów, tylko fajną dziewczyną, skoncentrowaną na pracy. To nie są postaci czarno-białe i nie dają się zapędzić w telenowelowe schematy

„Nielegalne związki" to kolejna Pani książka, po „Pudełku ze szpilkami" i „Przystupie", w której krytykuje Pani tradycyjny model rodziny, zalegalizowane związki, które Pani zdaniem już się nie sprawdzają. Dlaczego?

Zalegalizowane związki pełnią istotną funkcję społeczną - miały i mają porządkować i kontrolować ludzki popęd do rozmnażania się. Jak celibat wśród księży, który miał służyć koncentracji dóbr w ręku kościoła, bez przekazywania ich w spadku dzieciom, tak ograniczenie ilości bękartów, jak się dawniej mówiło, za pomocą nakazów i zakazów z góry, miały chronić społeczeństwo przed chaosem i biedą, która mogła się wiązać z utrzymywaniem dużej ilości ludzi, nie mających majątku. Tak powstał społeczny regulamin, podparty autorytetami państwa i religii, głoszący m.in., że, aby współżyć, trzeba najpierw wziąć ślub, dziewczyny muszą dbać o cnotę, „nie puszczać się" (już w samym tym zwrocie widać pogardliwe nacechowanie, ostrzeżenie). Kobietom, przez stulecia ekonomicznie podległym mężczyznom, narzucono ścisłą monogamię. Chodziło o to, by ich właściciel, czyli mąż, miał pewność, że dzieci są jego, a nie kogoś innego, miały nosić jego nazwisko i im przekazywano majątek. Sami mężczyźni nakaz monogamii traktowali lekko, omijanie go dodawało im wręcz tak zwanej męskości.


Dziś małżeństwo nie jest koniecznością ekonomiczną. Współczesne kobiety zarabiają (co prawda raptem od kilkudziesięciu lat) i dzięki temu mają, po wiekach, luksus wybrania partnera, idąc za „głosem serca". Małżeństwo przestaje być handlowym kontraktem, staje się związkiem kochających się ludzi. W tej sytuacji przysięganie sobie wierności i miłości w formie instytucjonalnej (małżeństwo) jest dowodem na to, że państwo (czy kościół, w przypadku ślubów kościelnych) wciąż kontrolują ludzkie poczynania, z prokreacją na czele.


Kontrolują, działając nie tylko za pomocą prawa - mętne przepisy w kwestii dziedziczenia w konkubinacie, czy problemy robione przy dawaniu rozwodów - ale i nacisku psychicznego: to samo zakochanie wywołuje aprobatę społeczną, gdy dotyczy ludzi wolnych, dezaprobatę - gdy „zajętych".
Jestem za unowocześnieniem podejścia do kwestii związków, bo świat się zmienia, a tradycja, choć niekiedy urocza, zupełnie za tym rozwojem nie nadąża. Dlatego w swoich książkach pokazuję, jak ograniczające może być trzymanie się starych form społecznych w zmieniającym się układzie ekonomicznym i społecznym. Tym bardziej, że społeczeństwa, głównie zachodnie, w coraz większej mierze składają się z indywidualistów, a nie osobników stadnych. Grupa, która kiedyś zapewniała bezpieczeństwo i przetrwanie, teraz może dać wsparcie uczuciowe i emocjonalnie, ale to się zdarza niezmiernie rzadko. Autentycznie kochających się rodzin nie jest wiele, za to ciotek i wujów, którzy mówią, co wypada, a co nie, tak zwanych „obrońców tradycji", jest niewspółmiernie więcej

Z lektury „Nielegalnych związków" wynika, że żadne małżeństwo - zwłaszcza w trudnych chwilach - nie jest odporne na zewnętrzne pokusy. Lepiej od razu przyjąć zasadę ograniczonego zaufania, niż ufać ślepo, a może jest na to inna rada?

Gdybym znała odpowiedź na to pytanie, nie napisałabym tej książki, tylko poradnik „Jak kochać, żeby się nie sparzyć". „Nielegalne związki" to pytania, na które każdy sam powinien sobie odpowiedzieć

Bohaterowie Pani książki zamieszkali w Brukseli, gdzie czują się Europejczykami. Są wolni, szczęśliwi, smakują życie. Mam wrażenie, że ich jedynym problemem są rodacy... Pisze Pani np. o schizofrenii zakłamania komunistycznego.

Schizofrenia komunistyczna istniała, bo w takim kraju przyszło nam żyć - okupowanym. Ślady wychowania komunistycznego w mentalności Polaków da się zauważyć, ale każdy naród ma swoje wady i zalety - nie czepiam się tego, tylko się temu przyglądam. Psychika, nazwijmy to, polska, jest ciekawa i jedyna w swoim rodzaju. Moi bohaterowie się z nią konfrontują. To ich rozwija, bo czy wartościowe życie nie polega na nieustannym konfrontowaniu się? Wzorzec rodzimej kultury świetnie się do tego nadaje.

Skąd bierze Pani bohaterów?

Kiedy pojawia się zarys postaci, obudowuję ją cechami, przyzwyczajeniami, przymierzam jej różne życiowe kostiumy. Każda postać ma swój charakter, a ja go muszę odkryć i pokazać. Czym innym były realistyczne dziewczyny z Portofino, czym innym nieco widmowa Przystupa. Jonathan, Megi i Andrea - bohaterowie „Nielegalnych związków" - są pełnokrwiści, sami ciągnęli akcję, dlatego do końca nie wiedziałam, jakie będzie zakończenie

Wiedzie Pani życie na walizkach. Mieszkała Pani w Sztokholmie, teraz w Brukseli. Czym jest dla Pani dom

Dom to ludzie, których kocham i którzy mnie kochają. Domem jest moje pisanie. Nie mam pokusy, żeby osiąść w jakimś domu w sensie fizycznym. To wykańczająca wizja, że wraca się ciągle w te same kąty, budując pracowicie złudzenie stałości. Nic nie jest stałe, życie jest ruchem, ciągłą zmianą. Lepiej się z tym oswajać, niż myśleć: „jutro o tej samej porze w moim ulubionym fotelu strzelę sobie kawkę". Jutro może nie być fotela, nie wspominając o reszcie

Czy literatura służy Pani jako sposób na życie, czy może osnową, wokół której owija się Pani życie?

Gdybym nie pisała, to bym... pisała. Po prostu nie umiem, nie chcę inaczej. Mam zestaw cech, które ta pasja lubi: jestem dobrą obserwatorką, mam silną wolę, cierpliwość do dziergania tekstu miesiącami, dziecinną umiejętność dziwienia się, chęć stawiania pytań. I ogromną radość z pisania, jakkolwiek by to nie zabrzmiało

fot. Stephan Vanfleteren