Marta Mizuro,

Zwierciadło, kwiecień 2010

Akcję swojej nowej powieści umieściłaś w Brukseli. Czy dlatego, że tam mieszkasz?

Mieszkam tam pięć lat, tyle, co poprzednio w Sztokholmie. Bruksela, ciepły środek Europy, była naturalnym wyborem po Skandynawii. Uwielbiam to miasto. Wzięłam tu udział w wystawie fotograficznej, pokazującej kilkunastu artystów tworzących w Belgii, którzy Belgami nie są. Nasze zdjęcia, autorstwa wybitnego belgijskiego fotografa Stefana Vanfleterena można oglądać w centrum Brukseli, na Gare de L'Ouest, będą tam wisiały przed 10 lat.
Bruksela jest miastem wielokulturowym, a to dla mnie bardzo inspirujące. Mam tu znajomych z całego świata, od Europejczyków, przez Kongijczyków, po Jamajczyków, nikt się nie dziwi różnym kolorom skóry, wyznaniom, orientacjom seksualnym. W teatrach gra się sztuki w jednym języku, a napisy wyświetla w trzech innych, podobno nawet msze są wielojęzyczne.

Ale w tej otwartej na innych Brukseli twoi bohaterowie, Polacy, mimo obcojęzycznych przydomków doświadczają na sobie „aksamitnego rasizmu". Ty też to odczułaś?

Tak, to chyba doświadczenie każdego, kto mieszka za granicą. Trzeba się zmierzyć ze stereotypami i... „wziąć je na klatę". Nie dostać szału, słysząc, że Polacy byli w czasie wojny kolaborantami, nie zagryźć rozmówcy, który twierdzi, że było powstanie w gettcie, ale powstania warszawskiego już nie. Ciśnienie skacze, ale trzeba pamiętać, że uczono nas w szkołach różnej historii i jedyne, co można zrobić, to dawać dobre świadectwo samym sobą. My, dobrowolni podróżnicy, bywamy ambasadorami i saperami jednocześnie - musimy mieć dyplomatyczne maniery, no i nie wleźć na minę. Łatwo jest się indyczyć na „innych", kiedy się siedzi bezpiecznie wśród swoich, trudniej tłumaczyć cierpliwie nie-Polakom, że nie wszyscy Polacy kradną samochody, że część z nas ma wyższe wykształcenie. Ludzie mądrzy są mądrzy i w Polsce i tu - chcą wiedzieć więcej o nas, mają dobrą wolę. Głupi są wszędzie - nietolerancyjni, nieciekawi innych, agresywni. To nie kwestia narodu, tylko stanu umysłu. Dlatego powtarzam, że święcie wierzę w edukację

Czy pisarka zgłębiająca „nielegalne związki" międzyludzkie w stolicy Unii Europejskiej ma coś wspólnego z Jonathanem, też pisarzem?

Mój bohater i ja jesteśmy na etapie zgłębiania w sobie innych stron swojej osobowości, Jonathan - żeńskiej, ja - męskiej. U świadomego siebie człowieka to ważny moment, gdy poznawszy siebie w pewnej roli (żeńskiej/męskiej), zaczyna odkrywać, jaki jest poza tym, poza zachowaniami dyktowanymi przez wzorce, dane mu przez kulturę. Jonathan do badania żeńskiej części siebie został poniekąd przymuszony sytuacją życiową, bo gdy żona dostaje pracę w Brukseli, on musi zająć się dziećmi, czego wcześniej nie robił. Odkrywa z nimi nowy rodzaj kontaktu i to wcale nie cukierkowy - to mocna więź, która buduje się o każdej porze dnia i nocy, gdy dziecko ma przy sobie dorosłego, na którego może liczyć. Dałam mu doświadczenia zaprzyjaźnionych mężczyzn ojców, którzy są inni, niż ich ojcowie, czy dziadkowie. Odkrywają, że bycie z dziećmi nie jest babskie, tylko niezwykłe, że budowanie kontaktu z dzieckiem jest jedną z najwartościowszych rzeczy w życiu.
Jonathan jest trochę prototypem, owocem przemian społecznych, które dzieją się na naszych oczach. To ojciec pełnoetatowy, żona ma
ma bardzo angażującą pracę, czyli odwrotnie, niż bywało w poprzednich pokoleniach. Tę zamianę ról widać coraz częściej we współczesnym świecie. Ale dzięki temu Jonathan dorasta do ojcostwa.

Z czasem Jonathan zatrudnia się jako wykładowca creative writing. Wraz z kursantami analizuje fenomen miłości, a zarazem uczy ich, jak mają porządkować swoje emocje, by móc je opisać. Sam mistrz nie potrafi ogarnąć wyobraźnią tego, co mu się wydarza. Czyli miłości.

Pamiętasz słynną metaforę biblioteki z „Imienia róży"... Kiedy jesteś w środku, nie wiesz, jaki ma kształt. Musisz wyjść z biblioteki, zobaczyć ją od zewnątrz. Jonathan jest w samym środku cyklonu zwanego miłością. Nic nie wie, emocje wariują, nastrój zmienia się z minuty na minutę - bo wszystko zależy od niej, tej, którą kocha. I od tej drugiej, matki jego dzieci, którą też kocha, ale inną miłością. Oba uczucia dziwnie się dopełniają. Anais Nin nazywa to zwielokrotnieniem doświadczeń, ktoś inny może nazwałby to grzechem. A to miłość. Tyle, że nielegalna. W naszej kulturze umówiono się, że człowiek wolny się zakochuje, zajęty - zdradza. Wsadzam tu kij w mrowisko, podważam wiarę w to, co białe, a co czarne.
Jonathanowi pomaga pisanie - nie jego własne, tylko jednego z jego kursantów. Geert, który boryka się z trudnymi wspomnieniami z dzieciństwa, znajduje w końcu drogę, by się z nimi uporać. W Jonathanie też się wtedy coś przełamuje. Od tego momentu akceptuje to, co mu się przydarza, obejmuje cały bagaż dobrych i złych doświadczeń. Tylko tak może się z tym uporać, żyć w zgodzie ze sobą.

On się godzi, a kobiety - Andrea i Megi - rozdają karty, choć jedna jest aktywna, a druga na pozór bierna. Obie grają o coś, o czym mężczyzna nie ma pojęcia ...

One grają o siebie. Walczą ze stereotypami: jedna nie mieści się w roli typowej kochanki, druga zrzuca z siebie ograną rolę żony. To są już inne kobiety niż te, które za młodu zasadzają się na męża, a potem życie spędzają na tym, by go przy sobie utrzymać. Mamy XXI wiek, to nie jest świat bohaterek Jane Austeen, skazanych (głównie z powodów ekonomicznych), by być przy mężczyźnie. Megi i Andrea to współczesne, mądre kobiety, takie, które sobie w życiu bez partnera poradzą, finansowo i pod każdym innym względem. Mają przyjaźnie (Megi przyjaźni się ze swoją matką), prace, relacje towarzyskie - bogate życie, nieskoncentrowane na mężczyźnie. Tu miłość nie jest już koniecznością ekonomiczną (wydać się za mąż, by przeżyć), tylko dobrem luksusowym, a zatem... kruchym. Moje bohaterki testują ten żenski kostium XXI wieku, starają się w nim znaleźć. Ale pod tym względem i one są w „środku biblioteki" - nie widzą jasno zmieniającej się rzeczywistości. Na szczęście mają instynkt.

Dodałabym jeszcze, że poza tym wszystkim ich zmysły nie drzemią, a licznych scen erotycznych nie zasłaniają doniczki z pelargoniami. Być może w tolerancyjnej Brukseli takie pokazywanie miłości to norma, ale w polskiej literaturze kobiecej raczej nie. Jak myślisz - będzie skandal?

To nie odrobiona lekcja w polskiej literaturze, której nie dzielę na kobiecą i resztę, tylko na popularną i ambitniejszą. U mnie ciało zyskuje swój głos, język. Oddaję mu godność, której w naszej kulturze zostało pozbawione. Ciało to nie „naczynie plugawe", tylko nasz przewodnik po tym świecie. Należy mu się bezwzględny szacunek. Ciało dostarcza nam uniesień, szczęścia zwanego miłością. Bywa chore - wtedy trzeba go słuchać, pielęgnować. Bywa wykorzystywane. U mnie jest szczęśliwe. I bardzo żywe. Czy będzie skandal? Może wśród tych, którzy tego nie rozumieją, bo żyją oddzieleni od swoich ciał.

fot. Stephan Vanfleteren