NIELEGALNE ZWIĄZKI
fragmenty

Następnego dnia rano Jonathan wracał ze szkoły, a dłonie tak mocno zaciskał na kierownicy, aż zwilgotniały. Andrea wyznaczyła mu na dziś spotkanie, więc starannie się ogolił, wieczorem nadgonił to, co miał zaplanowane na rano - słowem, zrobił wszystko, by móc do niej pojechać po odwiezieniu dzieci na lekcje. Tymczasem ona od rana się nie odezwała!



Napisał do niej spod szkoły, pytając, czy ich plany są aktualne. Odczekał pół godziny, tkwiąc w samochodzie, i znów zapytał, tym razem, czy wszystko u niej w po¬rządku.

Nie odpowiedziała.

Zaczął jechać w kierunku domu, z jednym okiem przyklejonym do ekranika komórki. Jechał i nienawidził siebie za to, co wyhodował w środku - kłąb żrącej zazdrości, ssącego oczekiwania, sól czających się łez. Nie płakał, bo generalnie nie płakał, rutyna dnia pomogła mu się wznieść nad mięsem emocji, ale gdy po odwiezieniu dzieci został sam, poczuł się bliski implozji.

Chciał myśleć o czymś innym - o piwie ze Stefanem, Psach P., lekturach dla swojej grupy, o polityce czy dzieciach - ale nie mógł. Nic, tylko ból niepewności, przeczucie odrzucenia, skurcze wyobraźni. Wiedział, że Andrea wzięła sobie wolny dzień - czy wolny i od niego, Jo¬nathana?

W prześwitach emocji dostrzegał z przerażeniem zmienność stanów, których doświadczał: od porannej euforii, gdy wybierał najlepsze bokserki, przez dźgające wyrzuty sumienia, kiedy poganiał dzieci, by wsiadły do auta, po poczucie bezsensu nielegalnego związku. Bo doszedł i do tego, że podważał jego sens. Ratował się słuchaniem rozgadanego Tomaszka i Antosi, wyliczaniem w myślach tego, co w życiu osiągnął: miłość dzieci, przyjaźń żony, wspólne sukcesy, wzajemne zrozumienie. Tak, wyobrażał sobie życie bez Andrei. Chwilami chciał, by już do niego nie pisała.

Ale gdy pomachał dzieciom na pożegnanie i wymienił zdawkowe pozdrowienia z innymi rodzicami, widok pustego ekranika komórki go przeraził. Zamknął się w aucie i wysłał pytanie; odczekał i znów ponaglił. Ruszył do domu, ale po drodze musiał przystanąć. Podczas kochania się z Andreą oddychał głęboko, pełnymi płucami; teraz wyszedł z auta skurczony i udając, że ogląda reflektor, zaczął gwałtownie łapać powietrze, by się nie udusić.

Naraz drżenie jego rąk przechodzi w wibracje tele fonu - to Andrea pyta w esemesie, co u niego słychać. Jonathan opiera się o drzwi samochodu, ramiona zwisają bezwładnie. O nie, teraz suce nie odpisze, nie po tym, jak zostawiła go z czekaniem i strachem, wystawionego na własne pośmiewisko.

Wsiada do auta i rusza wściekle, jak jeden z wielu dręczonych nadmiarem testosteronu biedaków, którzy zużywają gumy samochodowe w zastępstwie lateksowych. Pędzi przed siebie, dobrze, że świetnie zna trasę, może sobie pozwolić na dezynwolturę, choć familijne auto rzęzi na zakrętach.

Jonathan twardo nie odpisuje, tymczasem komórka znów się odzywa. Jonathan zwalnia i czyta: Andrea jest czuła i uległa, przeprasza, że zaspała, ale już wchodzi do wanny, zaraz wysmaruje się oliwką.

Jonathan stoi na światłach, ktoś na niego trąbi. Przed nim rozstaje dróg (choć to tylko zwykłe skrzyżowanie) - w lewo do kochanki, w prawo do domu. Stoi na czerwonym, a teraz na zielonym, auta objeżdżają go, powinien włączyć awaryjne, co pokazują mu na migi kierowcy, a on patrzy na nich baranim wzrokiem, w końcu ktoś zatrzymuje się, uchyla szyby i pyta:

- Ça va?

- Ça va - odpowiada Jonathan.

Gwałtownie wrzuca jedynkę i wjeżdża na lewy pas, samochody hamują za nim, trąbiąc wściekle, jednak on przemyka na czerwonym.

Kilkanaście minut później ląduje w łóżku Andrei.


© W.A.B

 
fot. Stephan Vanfleteren