NIELEGALNE ZWIĄZKI
fragmenty

Jonathan rzadko wracał myślami do momentu poznania Andrei. Więcej miejsca w jego wspomnieniach zajmowały chwile, w które zanurzali się potem, a wskoczyli w taką intensywność, jakiej - o czym się nawzajem zapewniali - nigdy wcześniej nie doświadczyli.



Pamięć Jonathana okazała się sprytnym urządzeniem, które nie podsuwało obrazów "porównawczych", a przynajmniej nie działo się tak, gdy był z Andreą. Ona była jego celem, powietrzem i smakołykiem, na nią się wspinał, żył jej oddechem, z zapałem lizał sutki dekorujące śniade kulki piersi. Obrazy ciał kobiet, z którymi kiedyś był, leżały zapomniane na dnie pamięci, z bladym wspomnieniem ciała żony włącznie.

Na szczytowanie z Andreą Jonathan wybierał się bez obciążeń, jedynie z niezbędnym ekwipunkiem swego "ja", którego część fizyczna nigdy go nie zawodziła, co napawało go dumą. Gdy potem leżeli obok siebie - a były to limitowane minuty czystego szczęścia, które znikały, kiedy tylko opuszczali się nawzajem - Andrea kobiecym zwyczajem rzucała coś w rodzaju: "Pamiętam, gdy cię pierwszy raz zobaczyłam". W postkoitalnym otumanieniu nie potrafiła myśleć o niczym innym. Ona - taka inteligentna, błyskotliwa, mądra - chciała szeptać tylko o nich. Więc Jonathan, który też miał miłosną pustkę w głowie, zasłaniał się dymem z papierosa i mruczał: "Tak, tak, ja też to pamiętam".

Szydło wyszło z worka, kiedy okazało się, że "gdy cię pierwszy raz..." znaczy co innego dla niego, a co innego dla niej. Andrea liczyła wspólne dni od ich pierwszego spotkania, on - od pierwszego stosunku. "Dwa różne kalendarze!", krzyknęła Andrea, ściągając ciemne brwi. Czy w ogóle mieli ze sobą coś wspólnego? Pogniewała się, ale za chwilę mu przebaczyła, a Jonathan domyślił się, że świadcząca o jego męskim braku wrażliwości "przepaść" w jakiś sposób ją podnieca.

Tak naprawdę Jonathan pamiętał, kiedy pierwszy raz zobaczył Andreę, ale nie mówił jej tego, bo nie chciał, by miała nad nim władzę. Zdążył się już przekonać, że bywała okrutna, gdy zwęszyła ślepe przywiązanie. Nie chciał, żeby machała mu potem przed nosem prześcieradłem z plamą krwi, jego krwi, dlatego pozwalał, by mu to "zapomniane" wspomnienie odświeżała.

Opowiadając o pierwszym razie, Andrea za każdym razem dodawała coś nowego, jakiś przeoczony wcześniej element. W ten sposób budowała ich mityczny Początek. Jonathan tymczasem bezgłośnie walczył o zachowanie własnego. Szczerze mówiąc, bał się jej mitu. Czuł, że powtarzając swoją historię, kochanka go omotuje. Bał się tego, tak jak się boi każdy mężczyzna, kiedy podejrzewa, że coś go oplątuje. Choćby była to tylko nić opowiadania.



Myśląc o pierwszym spotkaniu z Andreą, Jonathan starał się przywoływać konkrety: wypielęgnowaną kamienicę mieszczącą klatkę schodową z witrażowym oknem, a w niej ogromny przedpokój, który kończył się ogrodem. Brukselski metraż, jak zwykle, oszałamiał. Niestety, duży pokój przypominał muszlę zaatakowaną przez uschnięte gówienka i Jonathan pomyślał, że najchętniej zdrapałby bibeloty i narośla pamiątek druciakiem.

Z podsuniętej przez kelnera tacy wziął kieliszek szampana i wmieszał się w tłum. Ludzie, którzy stali w grupkach na środku pomieszczenia, byli ubrani w garnitury i kostiumy, niektórzy mieli dżinsy, jednak Jonathan czuł, że coś jest nie tak z tym ich luzem. Już miał się podzielić tą uwagą z Megi, która podeszła do niego z kieliszkiem w dłoni, ale nie zdążył, bo wzięła go pod ramię i pociągnęła w stronę najbliższej grupki.

- To mój mąż, Jonathan - przedstawiła go.

- Bardzo mi miło... - Jonathan uścisnął dłoń szczupłego mężczyzny.

- To Ian, zajmuje się kontaktami z Parlamentem Europejskim w organizacji zrzeszającej pracodawców.

- Jak miło...

- To mój mąż, Jonathan. Jonathan, poznaj Petera. Peter jest rzecznikiem do spraw...

- Aha...

- Nazywam się Megi, to mój mąż Jonathan. Jesteśmy w Brukseli ponad miesiąc. Nie, jeszcze nie widzieliśmy Atomium. Jonathan? Czy poznałeś już Margit? Jest zastępczynią rzecznika do spraw...

- Do spraw?

- Przy Komisji Europejskiej.

- W Komisji Europejskiej...

- Z Komisji...

- Przepraszam na sekundę, mam pilny telefon. - Cofając się, Jonathan sięgnął do kieszeni marynarki.

Oparł się o stół z przekąskami. Oto trafił go towarzyski zastrzał. Prywatne mieszkanie i kelner, ludzie w dżinsach, ale na sztywnych łapach, gospodarz o rybim uścisku dłoni i gospodyni o twarzy siostry Kopciuszka. Bawili się tu, czy pracowali?

Złapał marchew i szybko ją pogryzł.

- Nie jesteś z Komisji? - pytanie zabrzmiało twier¬dząco.

Obok stała dziewczyna, której nie znał.

- Czyli to się rzuca w oczy - westchnął.

Roześmiała się i wyciągnęła do niego rękę.

- Andrea.

Dużo później zauważył, że miała dłonie różne od reszty ciała, szerokie, jakby starsze, co tuszowała starannym manikiurem. Wtedy nie zwrócił na to uwagi, bo Andrea dopiero wyłaniała się z piany obcości. Wysoka i szczupła, odwróciła się, by wziąć tartinkę. Miała nieduże, krągłe pośladki, aż złapała go chęć, by je wymacać.

- A tymi ludźmi się nie przejmuj. - Uśmiechnęła się, wskazując na falujący ludzki krąg. - Zobacz, zewnętrzna warstwa to stażyści i stażystki...

Jonathan popatrzył na dwudziestoparolatków z twarzami zwróconymi do środka kręgu.

- ... ci bliżej środka, to wyżsi rangą urzędnicy. Widzisz łysego po prawej?

- Z czaszką w kształcie pocisku?

- Ostrzy sobie zęby na posadę doradcy ministra. Z kolei gruby z mufką włosów czai się na jeszcze nieostygłe miejsce po koledze, który awansował do innego departa¬mentu.

- A ten, na którego wszyscy patrzą? - zapytał Jonathan, wskazując środek koła, gdzie stał wysoki, szczupły mężczyzna o siwych włosach. Bijącą od niego charyzmę czuło się na odległość.

- To szef gabinetu komisarza do spraw sprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa. - Uśmiechnęła się Andrea.

- To jest szef ich wszystkich? - zgubił się Jonathan.

- To jest ich bóg.

Kółko właśnie zaczęło się przetasowywać, szef gabinetu komisarza cofał się, ściskając ręce, które wyciągały się w jego stronę w pożegnalnym geście.

Andrea zerknęła na zegarek.

- Miło było cię poznać - powiedziała.

Jonathan poczuł w środku nieoczekiwane szarpnięcie, dziecinny głos, wołający: "chcę!" Może to przez ślad szwedzkiego akcentu pobrzmiewający w jej niemal doskonałym angielskim?

- Czym się zajmujesz? - rzucił desperacko.

- Pracuję dla szwedzkiej telewizji. A ty?

- Piszę.

- Artykuły?

- Książki.

- Ooo!

Jonathan wsunął ręce do kieszeni. Uwielbiał takie reakcje. Wiedział z doświadczenia, że należy nacieszyć się nimi porządnie, bo poprzedzały zwykle inne, mniej pożądane, które zaczynało pytanie:

- A o czym piszesz?

- Bajki.

Fazę "rzednięcia miny" znosił zwykle mężnie, tym razem jednak dodał asekurancko: - Niedawno dostałem propozycję, żeby poprowadzić w Brukseli kurs twórczego pisania.

- Ooo!

- Jednak ze względów finansowych powinienem się pewnie postarać o stołek w Komisji...

- Ten kurs brzmi ciekawiej.

- Nie chciałabyś wiedzieć, ile płacą.

- Nie chciałbyś robić tego, czego nie lubisz.

Zerknął na nią i zobaczył więcej Andrei: brązowe włosy i pięknie wykrojone usta.

- Popatrz na ten pasztet - powiedziała, a on z niechęcią przeniósł spojrzenie na stół. - Niektórym bardzo smakuje.

- To fois gras.

- Podejrzewam, że w Komisji czułbyś się, jak te przekarmiane gęsi.

Oderwał wzrok od pasztetu i znów spojrzał na nią. Od strony grupy urzędników dochodziły finalne obietnice zdzwonienia się, a jemu nagle zabrakło słów. Milczenie między nimi zgęstniało.

- Czy ty... - zaczął Jonathan, ale w tym momencie ktoś koło nich stanął.

Odwrócili się oboje. Obok stał szef gabinetu komi sarza. ¬

- Simon, poznaj Jonathana. - Na twarzy Andrei pojawił się profesjonalny uśmiech. - Jonathan jest pisarzem i wykładowcą twórczego pisania. Jonathan, to jest Simon...

Uścisk dłoni mężczyzny był energiczny. Choć Jonathan nie znał się na męskiej urodzie, od razu się zorientował, że ten tu, chociaż przekroczył pięćdziesiątkę, usuwa w cień większość mężczyzn. I niewiele miało tu do rzeczy jego wysokie stanowisko.

- Andrea, na nas już czas - odezwał się mężczyzna pięknym angielskim.

"Brytyjczyk, z Eton" - odruchowo ocenił Jonathan.

- ...Simon - dokończyła Andrea - czyli mój m꿬czyzna.


© W.A.B

 
fot. Stephan Vanfleteren