DZIEWCZYNY Z PORTOFINO
fragmenty

Gdy bal wreszcie się zaczął, gdy muzyka zagrała, a lampiony zabłysły światłem odbitym od złocistych blaszek, Beata przymknęła oczy. Potem lekko odchyliła głowę do tyłu i zamarła w bezruchu.



Nie widziała go jeszcze. Może stał pod ścianą, a może gdzieś w pobliżu drzwi. Była świadoma wzroku błądzącego po jej włosach, ramionach, wąziutkiej talii i długich nogach, czuła sunące wzdłuż ciała spojrzenie. Czekała, aż zacznie iść - niespokojnie, ale powoli, niewidoczny zza sylwetek tańczących. Będzie przyglądał jej się zza ich pleców, coraz zachłanniej, coraz bezczelniej. W końcu rozgarnie tłum zagradzający mu drogę i stanie za nią, oddalony o krok, ten jeden krok, którego żadne z nich długo nie odważy się zrobić.

Potem poczuje na szyi jego oddech. Tak długo czekała, tyle razy wyobrażała sobie ten moment, że teraz, gdy wreszcie był tak blisko, myślała, że dotyk zrujnuje całą kunsztowną wieżę przeczuć, westchnień i spojrzeń. Ale gdy niepostrzeżenie otoczył rękoma jej talię i bez trudu połączył czubki palców, tak by dłonie utworzyły pierścień, obróciła się w nim powoli i stanęła naprzeciw niego. Wtedy on, brat Mani, pochylił głowę i...

Nie miała pojęcia, jak smakuje pocałunek, ale przeczuwała, że to coś ostatecznego. Po nim nie miało prawa już nic być, bo uniesienie, jakie ją wtedy ogarniało, nie dało porównać się z niczym innym. Ciało zmieniało się w rtęć, migotliwą, sprężystą, zastygało w oczekiwaniu, a wszędobylskie mrowienie przebiegało szybkimi dreszczami, od których sztywniała skóra.

Potem szum powoli ustawał. Muzyka milkła i robiło się zimno. Pot, który przed chwilą topił skórę, teraz ziębił, a urywany oddech przechodził w zalęknione dyszenie. Straszne było to ocknięcie, straszne i ssące, jakby w środku czaiło się coś żarłocznego i pokracznego, co nie miało prawa wypełznąć na zewnątrz. Trzeba było trzymać to w sobie i karmić wstydem, bólem i udręką, dopóki nie odpadło syte.

Kiedyś odważyła się wyspowiadać z "nieczystości". Ksiądz, zamiast szeptać, prawie krzyczał - że straci zdrowie i zaprzepaści duszę. Odwracała twarz od kwaśnego oddechu. Odmówiła potem długaśną pokutę i przysięgła, że nigdy już tego nie zrobi.

Teraz leżała z rozrzuconymi nogami w spoconej pościeli. Wszystko przez to, że myślała o balu, na którym jej nie będzie, i o bracie Mani. Wyobraziła go sobie najlepiej, jak umiała, rozchyliła uda i z zapartym tchem śledziła wirowanie kręgów ciepła pulsującego w brzuchu.

Na bal nie poszła, bo dostała gorączki, a gardło spuchło i zrobiło się czerwone. "Ropna angina" - zawyrokował lekarz i przepisał antybiotyki. Leżała po nich słaba, myśląc o tym, co ją omijało.

A potem umarła babcia Mirka. W noc przed pogrzebem Beata nie mogła zasnąć. Boki bolały ją od leżenia, a w ustach zaschło, tak mocno grzały kaloryfery. Potem stuknęły drzwi, wszedł ojciec pachnący dworem i otupał ze śniegu buty. Tym razem mówili cicho, a najwyraźniej docierały do niej słowa matki. "Wierzę, że to skończone, ale to nie zmienia...", "rozmawialiśmy o tym wiele razy i dobrze wiesz, że...", "pozew o rozwód jest już złożony". Ojciec musiał to przyjąć wyjątkowo źle, bo ton matki złagodniał i pod koniec rozmowy Beata słyszała tylko, jak powtarza: "rzeczywiście, niedobry moment". I jeszcze: "no tak, dla dobra dziecka".

Na pogrzeb babci Mirki pojechali we troje, w kościele usiedli za trumną w pierwszym rzędzie, razem z dziadkiem i ciotką. Potem matka dyskretnie się pożegnała, a Beata z ojcem pojechali do domu dziadka. Dorośli dostali po kieliszku wódki na rozgrzewkę, a ona herbatę z sokiem malinowym.

Tym razem dziadek niewiele mówił. Siedział na honorowym miejscu w głowach stołu i grzebał widelcem w jedzeniu. Pozostali najpierw rozmawiali przyciszonymi głosami, ale stopniowo ożywiali się. Ciotka nie obsługiwała gości, siedziała po lewej stronie dziadka, a wokół uwijały się kuzynki, wnosząc półmiski i zmieniając nakrycia.

- A gdzie to mamusia? - zapytała naraz ciotka.

Beata podniosła głowę znad talerza. Podobnie jak dziadek rozgrzebała potrawę i kiwała się nad nią od dłuższego czasu. Nie chciało jej się jeść.

- Mama pracuje - odparła cicho.

Ciotka przekrzywiła głowę i zapytała głośniej niż poprzednio:

- To co ona takiego robi, ta twoja mama? Tak pracuje, że nawet na stypę nie przyszła?!

Rozmowy raptownie ucichły. Ojciec położył rękę na ramieniu ciotki.

- Uspokój się - powiedział.

- "Kochany synek! Kochana wnusia!" - wykrzywiła się. - A gdzie "kochana synowa", co?!

Ojciec spojrzał na dziadka, ale ten milczał wpatrzony w talerz.

- Pozwól na chwilę - powiedział ojciec i wstał.

Zadarła głowę do góry, spojrzała na niego i nagle huknęła pięścią w stół.

- Nigdzie nie pozwolę! Tu jest moje miejsce! Tu!

Podniosła się ciężko z krzesła i stanęła obok ojca. Była tylko trochę od niego niższa.

- Nie dałam jej kochanej wnusi, ale mam przynajmniej męża. I żyję z nim po bożemu, tak żebym mogła ludziom w oczy spojrzeć. Nie przynoszę wstydu rodzinie i nie muszę przekradać się do umierającej jak złodziejka. Jak ta twoja! - Obróciła się do dziadka. - Słyszysz, co mówię? Słyszysz?! Co z tego, że jestem bezpłodna, skoro tyle lat żyję z tym mięczakiem pod jednym dachem, gotuję mu, piorę, prasuję, sprzątam i daję dupy, ile razy zechce?! Czy to moja wina, że nie mogę dać ci wnuków?!

Opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach.

- A ty nawet na mnie nie spojrzysz... - powiedziała cicho. - Nie widzisz mnie, nigdy mnie nie widziałeś. Dla ciebie nie istnieję.

Po chwili odjęła ręce od twarzy i rozejrzała się po zebranych. Oczy w czarnych obwódkach tuszu robiły wrażenie niebotycznie zdziwionych.

- Nie obchodzę cię - powtórzyła takim tonem, jakby nagle coś odkryła. –Nawet matka... Tylko syn się dla was liczył, ten wspaniały, mądry, piękny syn. Nawet jak ożenił się z nią, z tym bękartem, wybaczyliście mu. I nawet teraz, kiedy ona się z nim rozwodzi, nawet teraz jest ode mnie lepszy.

Nie drgnął żaden z kuzynów ani krewnych, nie brzęknął żaden talerz ani sztuciec, tylko ciężki oddech ciotki odmierzał nierówno ciszę.

Dziadek powoli podniósł głowę i spojrzał na ojca.

- Rozwód? Czy to prawda?

Ojciec nie odpowiedział. Dziadek zdjął z kolan serwetkę, położył ją przy talerzu i z wysiłkiem podniósł się z krzesła.

- Czy to prawda? - powtórzył głośniej.

Beata popatrzyła na ojca. Stał ze wzrokiem wbitym w biały obrus.

- Nie - powiedział w końcu. - To jakieś głupie plotki.


© W.A.B

 
fot. Stephan Vanfleteren