DZIEWCZYNY Z PORTOFINO
fragmenty

Każdej niedzieli spotykały się za blokami i szły do kościoła - Beata, Hanka i Mania. W ciągu trzech lat, które minęły od wyprawy na hałdę, osiedle bardzo się zmieniło. Tam gdzie dawniej wypiętrzały się góry ziemi przetykanej kawałami niepotrzebnych blach i drutów, wyrosło kilkanaście cztero- i dziesięciopiętrowców.



O ile mniejsze bloki stały blisko siebie, o tyle wieżowce tkwiły odwrócone od siebie w obrażonym półobrocie. Zabierały światło drzewom i usianym napisami "Szanuj zieleń" trawnikom, które wiosną zamieniały się w bajora, a latem żółkły od słońca. Ścieżki wydeptane przez mieszkańców bronowano i zasypywano garściami nasion, ale odradzały się, zanim trawa wzeszła.

Dróżka prowadząca do kościoła pęczniała w niedziele odświętnie ubranymi. Zapadali się w błoto otaczające płyty chodnikowe, a potem wypełniali wnętrze baraku do ostatniego miejsca. W przedsionku po obu stronach drewnianych drzwi wisiały kamienne misy ze święconą wodą, w części głównej, przedzielonej na połowę czerwonym dywanem, stały rzędy ławek. W głębi stał prosty stół, oddzielony od ławek grubym sznurem łączącym złote paliki, a nad nim wisiały obrazy w złoconych ramach, ale było zbyt ciemno, żeby można im się było przyjrzeć.

Agnieszka nie chodziła do kościoła, bo ojciec był ateistą i nie pozwolił jej się zapisać na religię. Matka Hanki twierdziła, że nie wierzyć to grzech, ale mówić o tym głośno to grzech śmiertelny. Nie powiedziały tego Agnieszce, tak jak nie przyznawały, że zazdroszczą jej wysypiania się i Teleranków w zimowe niedziele.

Ale już wiosną cieszyły się, że chodzą do kaplicy. Na dworze było jasno, powietrze pachniało, a w przerwach między blokami zalegały plamy słońca, do których ścigały się, a potem tłoczyły jedna przez drugą, wystawiając w górę twarze. Wdychały zapachy smażonych jajek i gotowanych parówek, słuchały klaśnięć trzepaczek - osiedlowych tam-tamów zapowiadających wiosnę.

W kościele było ciemno i duszno. Zapach naftaliny mieszał się z wonią kadzidła, płomienie grubych świec chwiały się sennie, a ludzie to siadali, to wstawali, kaszląc, chrząkając, przyglądając się sobie jawnie lub ukradkiem. Beacie w ścisku robiło się niedobrze i musiała wychodzić na zewnątrz. Szybko wracała, bo ksiądz, który zastąpił na religii siostrę Józefatę, krążył wokół baraku, a potem odpytywał z treści kazania i nie chciał słuchać usprawiedliwień.

Starała się wytrzymać przynajmniej na kazaniu, ale i tak niewiele umiała z tego zapamiętać, bo biblijne frazy mieszały się z aluzjami politycznymi, którymi ksiądz sypał z ambony ku radości jej ojca. Łatwo mu się było cieszyć - przychodził tu najwyżej raz na miesiąc, a nie kilka razy w tygodniu, jak one. Przepowiadały po drodze rachunek sumienia, odpytywały się z formułek i przewinień, a gdy której brakowało grzechów, pożyczały sobie lżejsze, takie jak: "opuściłam poranną modlitwę" czy "nadużyłam imienia...".

Beacie pociły się ręce, gdy czekała na swoją kolejkę do konfesjonału. "W imię Ojca i Syna..." - powtarzała, "Ostatni raz u spowiedzi byłam...", "Zgrzeszyłam następującymi...". Wypowiadała te zdania po kilkadziesiąt razy, ale kiedy przychodziła jej kolej, w głowie miała pustkę. To miejsce przerażało ją, dławił cudzy oddech po drugiej stronie krat. Klękała na twardej desce, zamykała oczy i suchymi ustami recytowała gotowe formuły. Przepraszała za obrażanie, za nadużywanie, że nie była tyle i tyle razy. Była winna, grzeszna, brudna. Och, jak bardzo brudna...

Wybaczano jej. Głos zza krat wstawiał się za nią i wyznaczał pokutę. Na odgłos pukania wstawała, całowała stułę, szła pod ołtarz, znów klękała i "odmawiała" - po trzy, sześć, w cięższych przypadkach po dziesięć razy. Modliła się płynnie, bez zacinania i przestanków. To były cudze słowa, kto inny je wymyślił, kto inny uświęcił, ona tylko powtarzała. Czuła, że tego od niej chcą.

Od ołtarza odchodziła lekka jak balon, ale do domu szła nastroszona i czujna. Szczerze mówiąc, wolała drogę do kościoła niż powrotną. Wtedy mogły kłócić się, wyzywać i śmiać; po spowiedzi była czysta, bała się do kogokolwiek odezwać, żeby znów nie nagrzeszyć.

Im częściej się spowiadała, tym większe wydawały jej się własne przewinienia, plamiły duszę jak powidła obrus! Doprowadzało ją to do rozpaczy. Bo skoro czystość wciąż zmieniała się w brud, to znaczy, że nie była dość silna, dość dobra, nie była godna. Czy kiedykolwiek przetrwa bez grzechu dłużej niż pół dnia, czy kiedykolwiek jej dusza będzie naprawdę czysta? A może nie ma sensu z tym walczyć? To tak, jakby zbudować zamek z piachu nad brzegiem morza i gniewać się na wpadające do środka fale.

Wiedziała, że grzeszy, myśląc w ten sposób, więc powtarzała w myślach to, co mówił ksiądz - "próby ogarnięcia wiary umysłem do niczego nie prowadzą", a dziesięcioletnia dziewczynka powinna "patrzeć w serce". Bardzo starała się być taką dziewczynką, ale jej serce wciąż leżało pod stertą przewinień. Nawet gdyby się do niego dogrzebała, i tak byłoby brudne.

Chciała o tym komuś powiedzieć, ale Hanka paplała ciągle o komunijnej sukience, wianku i narzutce, a Mania nie mogła się powstrzymać, żeby nie mówić o bracie. Agnieszka na jej obawy wzruszała tylko ramionami, a Beata przypomniała sobie, jak ojciec powiedział kiedyś przy obiedzie, że przez "ograbianie ludzi z duchowości oni w końcu przegrają".



Majowy czyn społeczny wypadł na dzień przed komunią. Ojciec Mani odgrażał się, że pójdzie, choćby był umierający. Wiadomo było, że kto się nie zjawi, będzie miał kłopoty w pracy, ale rano nie mógł zwlec się z łóżka. Faktycznie, był umierający - z przepicia.

Z matką też było kiepsko. Kiedy wręczała Mani parę złotych na bilet autobusowy, jej twarz była niepokojąco nabrzmiała. Opuchlizna już z niej nie schodziła, tylko odcień zmieniał się na bardziej fioletowy.

Mania włożyła sukienkę, podkolanówki i wyszła. Hanka miała iść z rodzicami, Agnieszka z ojcem, pozostawało wyciągnąć z domu Beatę. Weszła do przedostatniej klatki i przycisnęła guzik dzwonka.

- Nigdzie nie idę - mruknęła Beata, opierając się o framugę.

Jej ojciec, wysoki, szczupły, niebieskooki, stanął za nią i zaczął mówić o "kolaboracji" i "oporze". Mania nic z tego nie zrozumiała.

- Więc sama rozumiesz, że nie zamierzam brać w tym udziału - powiedziała Beata, gdy umilkł.

- Ale to sadzenie drzew! - wyrwało się Mani. - Nie chcesz posadzić drzewa?

- Tu nie chodzi o sadzenie drzew - odparł ojciec Beaty.

- Nie?

- Nie. Tu chodzi o coś więcej. O odmowę uczestnictwa w tym, co oni z nami wyprawiają.

Pożegnała się i wyszła przed klatkę. Słowa "obecność obowiązkowa" na ogłoszeniu o czynie społecznym wydrukowane były grubiej niż inne. Wsadziła rękę do kieszeni i dotknęła monet, które dała jej matka. Nie zamierzała kupować biletu, drzewa mieli sadzić niedaleko stąd, między budynkami, które zbudowano po drugiej stronie kaplicy.

Ruszyła ku przerwie między blokami i dalej do ścieżki prowadzącej do kaplicy. Było tłoczno jak w niedzielę, słońce mocno grzało; ludzie zaczęli ściągać z szyi apaszki, poluzowywać krawaty, podwijać rękawy. Mijali kaplicę, przechodzili na drugą stronę rozkopanej ulicy i wchodzili między nowe bloki, dołączając do kolejki wijącej się wzdłuż budynków.

Stanęła za innymi, rozglądając się dokoła. W tłumie wypatrzyła dozorczynię z bloku naprzeciwko, kasjerkę ze spożywczego, szkolną woźną, a nawet dyrektorkę. Kolejka posuwała się leniwie jak niedobudzony wąż, ale nikt się tym nie przejmował, bo ciężarówki z sadzonkami jeszcze nie przyjechały. Przy składanym stoliku siedziało kilka osób, obok leżały listy lokatorów, a pod spodem stała do połowy opróżniona skrzynka po wodzie "Stołowej".

- Legitymacja szkolna jest? - zapytał łysiejący mężczyzna w garniturze z tenisa.

Wyjęła kartonik z podkolanówki.

- Pełnoletni gdzie? - rzucił, biorąc go do ręki.

- Co?

- Opiekunowie.

Zamrugała.

- Rodzice! - podniósł głos.

- A, rodzice! Rodzice są bardzo chorzy.

Postawił krzyżyk przy jej nazwisku, a ona ruszyła do ciężarówek, które właśnie zajechały na plac. Robotnicy w grubych rękawicach wyciągali małe sadzonki ze stosów piętrzących się na przyczepach i podawali ludziom, którzy szli z nimi za bloki, w stronę wyoranych bruzd ziemi.

Drzewko, które dostała, wyglądało jak patyk. Chciała je zamienić na ładniejsze, ale tłum przy ciężarówkach znów zgęstniał. Spojrzała na sadzonkę z powątpiewaniem - nie podejrzewała, żeby takie nic urosło. Ruszyła za innymi w stronę bruzd, wsadziła patyk w ziemię i cofnęła się, żeby zapamiętać rząd. Ktoś się przepychał, potrącał, więc szybko ściągnęła z włosów tasiemkę i owinęła ją wokół cieniutkiego pnia.

Upał nie zelżał ani na chwilę, zaorana ziemia schła z wierzchu. Mogłaby podlać drzewko. Przypomniała sobie skrzynkę stojącą pod stołem z listami lokatorów i z powrotem przecisnęła się przez tłum. Chwyciła pustą butelkę i chowając ją pod sukienką, pobiegła do bloku.

Piwniczny hydrant zachlapany farbą najpierw nie chciał się odkręcić, potem strzelił rdzawym strumieniem, omal nie wytrącając butelki z ręki. Nalała do pełna i zakręciła kurek. Już miała wyjść, kiedy nagle zobaczyła, że ktoś stoi oparty o framugę. Postać poruszyła się, a Mania zobaczyła zarys koszuli, spodni i butów. Skoczyła w kąt i szeroko otwartymi oczami wpatrzyła się w zbliżający się kształt.

- Ukradłaś butelkę! - usłyszała.

Nogi ugięły się pod nią. Znajomy głos, co za ulga! To był najwyższy chłopak w klasie, ten, z którym musiała siedzieć za karę po pobiciu Albinosa. Nie pamiętała, jak ma na imię, bo wszyscy wołali go po nazwisku, Mickiewicz.

- Ale mnie nastraszyłeś! - jęknęła, odrywając plecy od ściany.

Po pierwsze, niczego nie ukradła, tylko pożyczyła. Po drugie, po co się skradał. Po trzecie... Coś jeszcze miała powiedzieć, ale podszedł bliżej i nagle jakoś zabrakło jej słów.

Miał na sobie białą koszulę i ciemne spodnie, wyglądał inaczej niż w szkolnym fartuchu, doroślej, poważniej. Zatrzymał się przed nią, jakby nie wiedział, co robić, a potem wyciągnął rękę, ale przez pomyłkę zamiast na butelkę trafił na jej ramię i szybko cofnął dłoń. Spojrzeli na siebie w tym samym momencie i oboje natychmiast odwrócili wzrok.

Mania poczuła, że robi jej się strasznie gorąco, najpierw na twarzy i szyi, a potem już wszędzie, nawet na łokciach. Zrobiła krok, żeby go minąć, ale nie zdążył się cofnąć, więc wpadła na niego i dotknęła nosem jego szyi. Poczuła, że coś wilgotnego, miękkiego dotyka jej czoła, policzka i kącika ust; podniosła ręce, żeby to odsunąć, a wtedy Mickiewicz jedną ręką, niezręcznie, objął ją w pasie.

Przestała się szarpać, bo od tego dotyku zrobiło jej się jakoś tak przyjemnie, łaskocząco. Jego szyja, twarz i koszula pachniały kakao i toffi. Przysunęła się troszkę bliżej, ale wtedy butelka przechyliła się i woda chlupnęła na nich.

Odskoczyli od siebie przerażeni. Mickiewicz wypadł z piwnicy pierwszy, Mania zaraz za nim. Stanęła na górze pod klatką i osłoniła oczy przed słońcem. Zobaczyła kolejkę przed stolikiem, cieżarówki z sadzonkami, młode drzewka posadzone w równych rzędach na zaoranym polu i czyjeś podniesione do góry ręce. To machały Agnieszka i Hanka; Mickiewicza nigdzie nie było.

Ruszyła do nich, ale ciało miała dziwnie ciężkie i lepkie. Podbiegła parę kroków, kulawo jak pisklak. Wołały, ale trudno było dosłyszeć co, zresztą nie patrzyła teraz na nie, tylko na dach kaplicy widoczny za ich plecami. Nagły wstyd chwycił ją jak atak kolki. Zgięła się wpół, a potem odwróciła i pobiegła w przeciwną stronę.

Schowała się pod jednym z balkonów. Nie musiała robić rachunku sumienia. Skulona, wciąż czuła delikatne łaskotanie w brzuchu. To, co przyjemne, było złe - musiała się z tego oczyścić. Dmuchnęła w opadającą na twarz grzywkę, wstała niepewnie i omijając z daleka ciężarówki i majowy tłum, ruszyła z powrotem - do kaplicy.


© W.A.B

 
fot. Stephan Vanfleteren