DZIEWCZYNY Z PORTOFINO
fragmenty

Beata zamieszkała na osiedlu pierwsza. Codziennie wychodziła przed klatkę, ale nie dochodziła dalej niż do pierwszej pary słupów. Wciskała twarz w chropowatą fakturę metalu, udając, że nie widzi ręki machającej w kierunku drugiej, środkowej pary słupów.



- Idź się pobawić! - artykułowały bezgłośnie usta babki uwięzionej za kuchenną szybą, ale Beata tkwiła przy słupie nieporuszona.

Nie wierzyła, że kiedykolwiek dojdzie do drugiej, a tym bardziej trzeciej, ostatniej pary słupów. Jak strażnicy pilnowały osiedla, a ona nie znała zaklęcia, które pozwoliłoby je minąć.

Wskakiwała na drzwi klatki i woziła się na nich, przymykając oczy, a obraz bloków stojących naprzeciwko, takich samych jak ten, do którego się wprowadzili, czteropiętrowych, z płaskimi, pozbawionymi kominów dachami, rozmazywał się pod powiekami. Nie było widać ciemnych okien ani tego, że tylko u nich wiszą firanki.

Kiedy śnieg leżący na pagórkach wokół bloków stopniał i spływał brązowymi smugami, żłobiąc w ziemi leje, do przedostatniej klatki podeszła dziewczynka. Przeszła pod ażurowym dachem i stanęła naprzeciwko niej.

- Masz taką samą czapkę jak ja - powiedziała. Wzięła ją za rękę i razem minęły słupy.

Agnieszka nie widziała śniegu między blokami, bo wprowadziła się, gdy robotnicy posadzili forsycje pod blokiem naprzeciwko. Pokazała Beacie piwnice obmiecione światłem zachlapanych farbą żarówek i nisze pod balkonami, gdzie chowały się, gdy padał deszcz. Razem czatowały na pomarańczową śmieciarkę, a potem biegły za nią, gdy odjeżdżała, sapiąc astmatycznie, rozkolebana na nierównej drodze ułożonej z betonowych płyt.

Po Wielkanocy w ulicę wjechały buldożery i wyrównały zwały ziemi. Robotnicy wlali między bloki jęzor asfaltu, obłożyli go betonowymi krawężnikami i poukładali płyty chodnikowe między nową jezdnią a ścianami bloków; kobiety w granatowych fartuchach wsadziły do betonowych donic fioletowe i żółte bratki.

Gdy odjechały, Beata i Agnieszka usiadły na nowiutkiej ławce. Ulica zamknęła się przed nimi, stała się całością, w której pozalepiano wszelkie szczeliny, tak by nikt nie mógł w nie wsadzić ciekawskich palców. Wskakiwały na brzegi donic z bratkami i uciekały przed dozorczynią albo nabierały wiosennej wody do kubków po serkach homogenizowanych, dosypywały do niej ziemi i robiły nikomu niepotrzebną zupę. Po kilku dniach zostawiły kubki i ruszyły przed siebie.

Na końcu uliczki zatrzymały się niepewnie. Łapiąc równowagę na rozchybotanej ścieżce-prowizorce, ruszyły w stronę przystanku. Stał za kłębem kabli i stertą zardzewiałych blach; za nim, nad jezdnią, którą z rzadka jeździły samochody, kucała kładka-pokurcz, przecinając w poprzek aleję starych topoli.

Za przystankiem natknęły się na budynek. Kanciasty, ochlapany świeżym tynkiem, jaśniał promieniami słońca odbitymi w wystawowych szybach. Podeszły bliżej i zauważyły małą postać opartą plecami o szybę. Wylizywała coś z zagłębienia ręki; na widok Beaty i Agnieszki podniosła ubrudzoną na pomarańczowo twarz, wysunęła otwartą dłoń i zapytała:

- Chcecie orężady?

Mieszkała w bloku, przy którym leżały zwoje kabli. Miała puste miejsca zamiast górnych jedynek, włosy mysiego koloru związane gumką recepturką i płaski klucz zwisający z szyi na czerwonym sznurku.

- Jestem Mania - powiedziała.

Weszły za nią do sklepu. W środku pachniało ścierką do podłóg i świeżym pieczywem, które leżało na drucianej półce nad dżemami. Mania wsadziła do koszyka pół bochenka i plastikowy worek z mlekiem.

- Jedzcie, póki świeży - powiedziała, urywając kawał skórki z częścią środka.

Poszły niezręcznie za jej przykładem. Chleb jedzony palcami był pyszny. Beata nie mogła nadziwić się, skąd w nim tyle smaku, i rwała następne kęsy, dopóki połówka nie znikła. Wtedy Mania wstała, otrzepała sukienkę z okruchów i wskazała drugą stronę ulicy.

- A tam już byłyście? - zapytała.

Pokręciły przecząco głowami. Za blokami góry ziemi były wyższe i ciemniejsze.

- Tam mogą być niewypały, mama mówiła... - szepnęła Beata, ale Mania już ruszyła przed siebie.

Była niższa od nich i tak chuda, że widoczne pod bluzką łopatki poruszały się jak u małego kota. Poszły za nią łąką porośniętą pokrzywami i suchymi badylami. Wkrótce straciły z oczu bloki i weszły na zryte maszynami pole. Nie było tu roślin ani budynków, a szelest folii z mlekiem brzmiał w panującej dokoła ciszy jak odgłos zaciskania wielkich szczęk.

Gdy dotarły do niecki, na której dnie majaczyła jakaś niedokończona budowla, Mania stanęła.

- Chcecie robić "widoczki"? - zapytała.

Mogłyby pod kawałkami szkła ułożyć kolorowe płatki, drobiny folii lub błyszczących kamyków, mogłyby włożyć tam martwego robaka, a potem przysypać całość ziemią, zakreślić palcami malutkie kręgi i odsunąć grudki ziemi. Tak robiły dziewczynki, które chciały mieć wspólne sekrety, nawet rodzice uważali to za ładną zabawę pod warunkiem, że szkło nie miało ostrych brzegów i nie pochodziło ze śmietnika.

- Chcecie robić widoczki? - powtórzyła.

Nie odpowiedziały, wpatrzone w hałdę.


© W.A.B

 
fot. Stephan Vanfleteren