PUDEŁKO ZE SZPILKAMI
fragmenty

Pod koniec wakacji chciało mi się na zmianę rzygać i jeść. Do tego wszystkiego zadzwonił Purzyński Piotr z propozycją służbowego obiadu



- Moje nazwisko Purzyński Piotr, ale to nieważne, bo dzwonię w sprawie lunchu. Słyszę, że pani Magda nieobecna, a my tu akurat gościmy panią dyrektor z amerykańskiego oddziału i jednego pana z Francji, więc pomyślałem, czy pani Magda nie zechciałaby do nas dołączyć, a właściwie pani, skoro pani Magda nieobecna, prawda?
- Pani Magda jest na urlopie macierzyńskim - poinformowałam najcieplej, jak umiałam. - Chętnie dołączyłabym do państwa w jej imieniu, tylko najpierw muszę się w tej sprawie porozumieć z szefem, rozumie pan...
- Oo, no pewno, że rozumiem, he, he! Szef na pierwszym, z przeproszeniem, miejscu! No dobra, to oddzwoń kochaniutka do mnie i powiedz, czy zgoda jest. Tu sekretarka będzie, znaczy się żywa kobieta, nie automatyczna, to poinformuje panią, gdzie się spotykamy, bo coś ten Francuz niezdecydowany. Salmonelli się boi, podobnież...
Konus przez roztargnienie wyraził zgodę na lunch - siedział z głową w szufladzie, szykując się do odlotu.
W drodze do restauracji zdrętwiała mi lewa strona ciała - ręka, noga, bark i pół twarzy. Zamierzałam przejrzeć się w lusterku wstecznym, żeby sprawdzić, czy zsiniała, ale taksówkarz mrugnął do mnie tłusto, więc wsadziłam nos w szybę. Kiedy wysiadałam, nie czułam już odrętwienia, ale wróciły mdłości. Może to rak mózgu? Żołądka? Cukrzyca? Nerwica? Pewnie wegetatywna, bo w biurze wszyscy ją mają, chociaż niby nie jest zaraźliwa.
Zagraniczni goście Purzyńskiego byli pochodzenia polskiego. Pani dyrektor w makijażu Joan Collins i wściekle czerwonym kostiumiku dziarsko dobijała czterdziestki, Francuz z wielkim nosem, spowity w szarości, piastujący równorzędne stanowisko, wyglądał na jej syna. Purzyński Piotr miał byczy kark, wąsy i małe oczka zatopione w tłuszczu. Sapał przy jedzeniu i opowiadał dowcipy, których nawet ja nie mogłam zrozumieć.
Na lunch podano szparagi. Ledwo je skubnęłam - to podstępne warzywa - kiedyś na imprezie po konferencji prasowej trafiłam na tak łykowate, że żułam dobre pięć minut, a w końcu w panice połknęłam cały kłąb, bo ktoś mnie o coś zapytał. Teraz, podziwiając zmiażdżone szparagi w roześmianych ustach Purzyńskiego, znów poczułam falę mdłości. Tak samo musiał się czuć George Bush ojciec, który na wizji zwymiotował sushi, a następnie osunął się na ramię zmienionego w słup soli Japończyka. Wiadomo, sushi jest ohydne, a Azjaci tężeją z byle powodu, ale teraz syn musi wszystko odkręcać.
Dla odwrócenia uwagi skupiłam się na konwersacji. Amerykańska pani dyrektor prześlizgiwała się właśnie wzrokiem po tyłkach kelnerów.
- W tej agencji mają super rezorty, a w cenę wkluczone są różne sporty... - tokowała, z oczami zahaczonymi na rozporku biedaka serwującego jaja bez koszulek.
Francuz z bólem przełykał białe wino, zapewne pochodziło z fałszywej winnicy.
- A pani, gdzie rozjeżdża do vacation? - pani dyrektor spojrzała na mnie spod sztywnej grzywki w kształcie łychy od koparki.
- Eee... - odparłam. Od dawna nigdzie nie wyjeżdżałam, bo pracowałam. Musiałam utrzymać etat i mieszkanie w stolicy, nie mogłam pozwolić sobie na wyjazdy.
- Tak myślałam - machnęła ręką w czerwonym rękawie. Złota biżuteria wysunęła się spod niego i brzęknęła bizantyjsko. Francuz zzieleniał.
- Tutejsze dziewczyny starocie - wyjaśniła asertywnie Joan Collins. - Tu trzydzieście latów to je emeryt. You must mieć dzieć i męży. Ja tu czuć starą.
"Bo ty starą być", pomyślałam nieżyczliwie, a Francuz beknął aprobująco.
- Jaką music ty lubujesz w? - zatroskała się amerykańska pani dyrektor, wskazując nożem Francuza.
- O, Żodasę, był taki kiedyś, pamiętam! Vous-le vous couchez avec moi, ce soir... - rozmarzył się Purzyński Piotr, a Francuz pokrył się potem.
- Nie żadne żodasę, ale All Saints.... - wyszeptał ochryple i padł, przecinając nosem żółtko w majonezie.
Purzyński Piotr odwiózł Francuza na pogotowie, wtykając mi w windzie piersiówkę ze słowami: "Pij, dziecko, to czyściocha, trzeba się zdezynfekować! A bo to wiadomo, co ten żabojad za francę ze sobą przywlókł?!"
"Nie mam fartu do jedzenia" - napisałam Aleksandrze po powrocie do pracy.
"Przyjdź do mnie - odpisała Aleksandra. - Mam świeże. Będzie Monika i Karolina. PS. Jak kucharz Julii R. i Sandry B.?"
"Odnosił się dziś do mnie z rezerwą. Nic dziwnego. Gdyby to on zwymiotował na mój widok, też nie byłabym wylewna (sic!). No nic, może jeszcze nie wszystko stracone".


© W.A.B

 
fot. Stephan Vanfleteren