artykuły

Artykuł "Czas madrych kobiet"
09.02.2010, Elle

Mają naprawić to, co zepsuli mężczyźni, odpowiedzialni za światowy kryzys. Pytanie, czy macho-politycy pozwolą im zostać na dłużej.



Kobiety zwyciężają w czasach kryzysu. Po powołaniu na stanowisko premiera Islandii Jóhanny Sigurdardóttir, powierzeniu teki ministra finansów Francji Christine Lagarde, wybraniu Dalii Grybauskaite na prezydenta Litwy, reelekcji kanclerz Niemiec Angeli Merkel rozległy się głosy, że to początek przełamywania monopolu władzy mężczyzn. Że wizerunek pewnego siebie macho, który wpędził świat w kryzys finansowy, powodując bezrobocie milionów ludzi, blednie, by ustąpić miejsca kobiecie fachowcowi. Ale czy kobiety na czele państw i rządów w czasach recesji to jaskółki równouprawnienia płci, czy tylko sprzątaczki, którym za chwilę każe się odejść? Nadszedł już czas mądrych kobiet i partnerskich mężczyzn czy czeka nas powrót agresywnego samca?

 

Twardzielka

 

53-letnia Dalia Grybauskaite uśmiecha się spod blond grzywki. Ma czarny pas karate i wali prosto z mostu. Wybory prezydenckie na Litwie wygrała w pierwszej turze. Na wieść o tym, że unijna komisarz do spraw budżetu zamierza kandydować, część jej oponentów od razu się wycofała. Niezwiązaną z żadną partią Grybauskaite poparło trzy czwarte głosujących.

Kiedy Litwa, jeden z krajów bałtyckich, które jeszcze niedawno nazywano „tygrysami Europy", doświadczyła skutków kryzysu gospodarczego, na ulice Wilna wyszli demonstranci. Dalia Grybauskaite, choć mogła zostać w Brukseli, podjęła decyzję, by kandydować na urząd prezydenta Litwy. Skrytykowała działania rządu, jednocześnie obiecując modyfikacje polityki podatkowej i proponując liberalne ustawy pobudzające gospodarkę. Dla Litwinów ważne było, że nie jest polityczną oszustką. Była człowiekiem z zewnątrz, ale nie znikąd, skoro poważnie traktowała ją cała Europa.

Mówi, że zawsze czuła się inna. Absolwentka ekonomii politycznej w dawnym Leningradzie, pracowała też jako zwykła robotnica. W rządzie Algirdasa Brazauskasa została ministrem finansów, a w 2004 powołano ją w skład Komisji Europejskiej. Prezydentem Litwy jest od czerwca 2009 roku. Od razu nazwano ją „nadzieją Litwy" i porównywano do Baracka Obamy. Nie obiecywała Litwinom cudu, przeciwnie - podczas kampanii wyborczej nie ukrywała, że trudne czasy dopiero nadejdą.

Po stu dniach rządów jej działania popierało 90 procent respondentów. Pozytywnie ocenili ją również politycy i politolodzy. I choć Litwini nie łudzą się, że w pojedynkę uda jej się złamać monopol i władzę oligarchów oraz zwalczyć korupcję, to liczą na to, że przy poparciu parlamentu i pomocy doradców będzie miała realny wpływ na politykę Litwy. Wizerunek Grybauskaite jako politycznego twardziela, realistki, która na pytania odpowiada krótko, czasem ocierając się o słowną agresję, fascynuje jej rodaków. Jest konkretna, ucina rozmowy z dziennikarzami, którzy próbują ją pytać o życie prywatne. Ostro zareagowała na medialne doniesienia, że jest lesbijką. Bezdzietna, ma opinię poślubionej pracy. Lubi prowadzić samochód i nie znosi kupowania ubrań - gdy wypatrzy ładny kostium, bierze ten sam fason w różnych kolorach - żeby tylko uniknąć dalszych wizyt w sklepach.

 

Jedna z nas

 

Jóhanna Sigurdardóttir miała 52 lata, gdy przegrała walkę o przywództwo Partii Socjaldemokratów. Na wieść o porażce, podniosła do góry pięść. „Mój czas jeszcze nadejdzie!", zawołała. Niemal piętnaście lat później została premierem Islandii. Jest drugą kobietą-premierem tego kraju i pierwszą na świecie osobą na najwyższym stanowisku państwowym, która przyznaje się do orientacji homoseksualnej. Jej poprzednik, premier Geir Haarde, na wieść o krachu finansowym, zareagował dramatycznymi słowami: „Idźcie do domu do bliskich i pocieszcie ich. Niech Bóg ma w opiece Islandię!". Po tym wystąpieniu rękawy przyszło zakasać „świętej Jóhannie".

67-letnia Sigurdardóttir swój przydomek zawdzięcza temu, że od lat zajmuje się sprawami upośledzonych fizycznie i psychicznie oraz ludzi starych. Kiedy na początku kryzysu obejmowała rządy w Islandii, sytuacja w kraju była fatalna. Krajobraz Islandii zdominowały niedokończone budowy, a nastroje obywateli - rosnąca frustracja. Pierwszy raz od lat Islandczycy wyszli na ulice Reykjaviku - walili łyżkami w garnki, zbili okna w biurach rządu...

Była stewardessa, urzędniczka, potem parlamentarzystka z najdłuższym stażem, najpopularniejsza minister w rządzie odsuniętego premiera stworzyła rząd, gdzie liczba kobiet i mężczyzn jest równa. To oraz kompetencje pani premier i fakt, że pewną ręką prowadzi przybitą kryzysem Islandię do Unii Europejskiej, zyskują jej uznanie w oczach rodaków. Za to jej orientacja seksualna nie wzbudza prawie żadnych emocji. Współobywatele mówią o niej: „Jest bardzo miła, sprawiedliwa i ciężko pracuje. To jedna z nas".

Nie tylko swoją pracą, lecz także postawą życiową Sigurdardóttir wysyła światu nowe przesłanie. Zanim została premierem Islandii, przeszła wewnętrzną rewolucję. Matka dwóch dorosłych dziś synów, była żoną bankiera, kiedy postanowiła się rozwieść, by wejść w związek z kobietą. Związała się ze znaną islandzką dramatopisarką, stając się przybraną matką kolejnego syna. To, że otwarcie o tym mówi, podkreśla przepaść, jaka dzieli Europę Zachodnią, a zwłaszcza Skandynawię, od Europy Środkowej.

 

Pływaczka

 

Christine Lagarde, minister finansów w rządzie Nicolasa Sarkozy'ego, zachwyca pięknym angielskim. O finansach mówi prosto, ale precyzyjnie, do ekonomicznych debat dorzuca zaś rodzynki: filozoficzną uwagę, lingwistyczny żart czy szczyptę dystansu. Kiedy w 2007 roku 53-letnia Christine Lagarde została minister finansów Francji, przypomniano, że była w narodowej drużynie pływania synchronicznego. Na pytanie, czy synchronizacja ruchów przydaje się w opanowaniu kryzysu ekonomicznego, rzuciła lekko: „Tam też trzeba umieć wstrzymać oddech".

Imponujący angielski akcent wypracowała jako uczennica ekskluzywnej szkoły dla dziewcząt koło Waszyngtonu. Po ukończeniu prawa we Francji ponad 20 lat pracowała w światowej firmie prawniczej Baker & McKenzie z siedzibą w Chicago, aż wspięła się na sam jej szczyt. Zarządzała zespołem 3,5 tysiąca prawników. Wróciła do Francji, by przyjąć tekę ministra handlu zagranicznego. Gdy premierem został François Fillon, objęła resort rolnictwa, by w końcu zostać ministrem finansów z trudnym zadaniem ograniczenia rozdętych wydatków publicznych i zmniejszenia rozrośniętej biurokracji w rządzie, który zatrudnia ponad 175 tysięcy urzędników.

Mówi się o niej, że ze swoim doświadczeniem pracy w Stanach Zjednoczonych jak mało kto we Francji rozumie kwestię wydajności pracy. Być może z tego powodu francuska elita polityczna odnosi się do niej z rezerwą, przypinając łatkę tej, która „mówi to, co myśli". Lagarde, która nie jest politykiem, cieszy się jednak szacunkiem wśród zwykłych obywateli z powodu swoich umiejętności i pracowitości. Ostatnio magazyn „Forbes" umieścił ją na liście 15 najbardziej wpływowych kobiet świata.

Dorośli synowie tej adeptki jogi, przeciwniczki przemocy, kontynuatorki ideałów hipisowskich w nowoczesnym wydaniu, mówią, że za mało myśli o sobie. Ona sama żałuje, że nie ma chwili, by się spotkać z przyjaciółmi. Ani tym bardziej, by hodować róże w swoim domu w Normandii.

 

Nadszedł ich czas

 

Wszystkie wypracowały niezwykłą cechę: gdy zabierają głos, ludzie zaczynają ich słuchać. Ich siłą są wiedza i doświadczenie. Przywracają do życia zagubiony mit mądrej kobiety. Nie ustawiają się w ideologicznej konfrontacji z mężczyzną. Nie muszą - wygrywają, bo zawodowo są lepsze. W życiu szukają równowagi - w sobie i w otaczającym ich świecie. Czy politycy pozwolą, by za ich przykładem poszły inne kompetentne, mądre kobiety? Czy dopuszczą je do władzy? A może zrobią wszystko, by odeszły, kiedy tylko one rozprawią się z kryzysem?

Jest szansa, że ekonomia przyjdzie w sukurs równouprawnieniu. Nawet jeśli kobiety fachowcy to teraz sprzątaczki, istotne jest, że wyborcy na nie stawiają. W końcu to obecny kryzys finansowy i następującą po nim recesję nazwano „he-cession". A imieniem i nazwiskiem Dalii Grybauskaite nazwano kwiat.

 



 
fot. Stephan Vanfleteren